Wesołe (słomiane) wdówki – część 1

Agu: Pan Mąż od początku roku będzie zapitalał do Najbliższego Większego Miasta i wracał li i jedynie na łikendy.

Kary: Co Ty nie powiesz – wypisz wymaluj jak Twój Ulubiony Szwagier. Tylko ten się wycwanił, wybywa do Miasta S., całe 300 km dalej.

Agu: Do Miasta S.? Czy on zgłupiał do reszty?

Kary: No wiesz, miasto seksu i byznesów.

Agu: Taaaa, ten to potrafi zrobić byznes. Życia niemalże.

I tak oto z dnia na dzień znalazłyśmy się obie z Młodą z ręką w przysłowiowym nocniku. Ja zostałam sama z dwójką Potworów, dwoma kotami i trzema patyczakami na stanie, Młoda dzielnie nosiła w brzuchu Dziedzica i starała się podołać zachciankom kocic (również sztuk dwie) pomiędzy jednym przytuleniem Porcelanowego Ucha, a drugim.

Panowie zaś udali się podbijać świat i robić wielkie kariery.

szpilki w eterze słomiane wdówki

Nareszcie same!

Po początkowej chwilowej zawieszce, lekkiej panice (ja) i nieco większej histerii (Młoda) doszłyśmy do wniosku, że ta sytuacja może mieć nie tylko plusy ujemne, ale też i plusy dodatnie.

Agu: Ale jak to tak… bez chłopa na chacie? Przynajmniej takiego, co może sam kupić alkohol, albo pranie nastawić.

Kary: Ej, spójrz na to z szerszej perspektywy – nareszcie nie trzeba będzie gotować obiadów!

Agu: O tak, rzygam już tym wymyślaniem potraw… Bez wymyślania zresztą też…

Kary: I będzie chwila spokoju…

Agu: I nikt mi nie będzie brzęczał nad uchem, że non stop przy kompie siedzę.

Kary: I dzieci zaniedbuję. I zły przykład daję.

Agu: Ty, to chyba nie będzie aż tak źle?

Aż tak źle nie było.

Rzeczywistość wymagała co prawda lekkiego przemeblowania. Skończyły się niezaplanowane wypady Thor wie gdzie o dowolnej porze dnia i nocy (ja), zakupy musiały być planowane z wyprzedzeniem, by Pan Mąż zdążył na czas dodźwigać ciążowe zachcianki do chaty (Młoda), ale jakoś szło.

Młoda w sumie była nawet trochę zaprawiona, w końcu aktorskie dziecię (Pan Mąż) już wcześniej wybywało w świat za karierą. Niemniej, dodatkowe kilogramy hormonów nie ułatwiały samotnej egzystencji i istniało realne zagrożenie, że z żalu zeżre nie tylko zawartość lodówki, ale i oba koty na raz. No a potem miało być tylko… ciekawiej.

szpilki w eterze słomiane wdówki2

Trzeba było działać szybko (ja) i sprawnie (of course znowuż ja), ażeby Dziedzic przyszedł na świat pomyślnie i z matką przy zdrowych zmysłach. A i coby Potwory nie straciły szansy na poznanie kuzyna i okazjonalne doprowadzanie ciotki do palpitacji i nerwic wszelakich. Postanowiłyśmy zatem założyć dwuosobową grupę wsparcia. Dla Wdówek. Słomianych 🙂

Presja czasu nie pomagała – dziewięć miesięcy to nie znowóż czas nieograniczony, ciężko opracować plan dziesięcioletni i trudno tam zmieścić bardzo wydumane projekty. Ale na założenie czynnej całą dobę fejsbukowo-telefonicznej infolinii czasu było aż nadto. I tak oto Młoda zaczęła do mnie wydzwaniać o porze, która jest całkiem niezła do udoju krów, ale całkowicie nie nadawała się do udoju mnie.

szpilki w eterze słomiane wdówki3

Prawda była taka, że znudzona samotnością i ciążową bezsennością szukała towarzyszy rozmów, gdzie się dało. Pan Mąż zaczął na noc wyłączać telefon, do rodziców przezornie nie dzwoniła, by nie siać zbędnej paniki, za to kompletnie nie miała żadnych zahamowań, by wyrwać mnie ze snu o dowolnej porze.

Agu: Słuchaj, a miałaś dla Potworów kołyskę?

Kary: Zlituj się, czy Ty wiesz, która jest godzina? Spać nie możesz?!?

Agu: No nie bardzo. Ta kołyska mnie męczy. I Dziedziczka zażądała gorącej czekolady.

Kary: Jest czwarta rano! CZWARTA! Ja za dwie godziny wstaję do pracy.

Agu: To wstań już! Co ci za różnica?

Kary: Nie dotrwasz do tego porodu, mówię Ci. A poza tym nie Dziedziczka tylko Dziedzic!

Agu: Trzech lekarzy twierdzi, że Dziedziczka. Zaglądali tam! To co? Miałaś kołyskę? Z różowym baldachimem bym wzięła.

Kary: Załóż sobie ten różowy baldachim na łeb!!! Dziedzic będzie!! Matoły, nic się nie znają! Ja bez zaglądania to wiem.

Well, każda rodzina ma swoją Pytię.

Gdyby pora była mniej drastyczna, może bym się w porę (sic!) ugryzła w język. Ale w danej chwili jedynym moim marzeniem było przeciągnąć Młodą w tej kołysce po grudniowym mrozie całe 350 kilometrów dzielące nasze mieszkania. A potem dać jej w łeb i uściskać Dziedzica.

Agu: Dziedziczkę!!!

Kary: Ehe, tak sobie mów…