Obozowe love, czyli romantyczne przygody siostry młodszej

Przyznaję, serce zawsze miałam pojemne (podobnie jak żołądek, ale o tym kiedy indziej). Podczas gdy Kary z uporem maniaka sprowadzała do domu kolejne czworonogi, ja namiętnie kolekcjonowałam obozowe trofea.

Na pierwszą kolonię rodzice wysłali mnie, kiedy miałam dziewięć lat. Dwa tygodnie nad morzem. To właśnie tam, na lśniących parkietach największego kurortu w Ustroniu Morskim, w rytm Freddy’ego Mercury i We are the champions kołysałam się w czułych objęciach pierwszego amanta. Po amancie pozostał młodzieńczy zawrót głowy. Po Freddym – WPM. Wielka Prawdziwa Miłość. Do Queen oczywiście.

Opisałam to chyba nawet w jakimś pamiętniku, który Kary bezwstydnie przeczytała od deski do deski, pod pretekstem poprawiania błędów. Pff, też coś! Jakie ja mogłam popełniać błędy? Poza życiowymi, of course.

Kary: Wypraszam sobie, nic nie czytałam!

Agu: Czytałaś, czytałaś i jeszcze śmiałaś się w głos.

Kary: Musiałam wyprzeć z pamięci…

Agu: Znaczy było beznadziejnie…

girl-677576_1920

Potem już byłam mądrzejsza – przywoziłam pamiątki. Na przykład, z drugiego pobytu nad morzem przywiozłam sobie Krzysia z Radomia. A raczej złamane serce (dosłownie, na łańcuszku, o takie) i numer telefonu. W dobie wiszących kabli, nie-mobilnych słuchawek i płatnych rozmów międzymiastowych rodzice mieli podwójną radochę. Coś dla (d)ucha i coś dla portfela.

Z wiekiem moje zbieractwo przyjmowało coraz większy rozmach. Z obozu informatycznego przywiozłam sobie don Roberto, z którym randkowałam co piątek przez wspomniany telefon, a dwa razy nawet tête-à-tête, czy jak to się teraz mówi – „w realu”. Obie randki zakończyły się oczywiście spektakularnym sukcesem. Podczas pierwszej, w słynnej gorzowskiej cukierni „Śnieżka” – chcąc oszczędzić biedną amancką kieszeń – wprawiłam tegoż Roberto w nie lada zakłopotanie.

Kary: W sumie mu się nie dziwię, liczył chłopak na lody, a tu… herbata.

Agu: No cóż, damie się nie odmawia, zamówił więc dwie. Ale przyznam, że pił ten swój barwny wrzątek z godnością.

Kary: Cud, że sobie języka nie poparzył 😛

Drugie spotkanie okazało się równie efektowne. Romantyczny spacer po nowo otwartym moście, w aureoli fajerwerków… I pod czujnym okiem starszej siostry. I jej ówczesnej l’amour.

castles-616573_1920

Frajdę mieli przednią. Ale okupili ją świeżym mandatem za przejazd tymże mostem na 15 minut przed planowanym otwarciem. A ja wkrótce otrzymałam korespondencję o treści, której nie powstydziłby się nawet Jan III Sobieski. Najbardziej zapadł mi w pamięć jeden fragment, cytuję do dziś:

„Zrywam z Tobą, a powód jest jeden – niemożność naszego widywania się. Ten problem był cały czas. PS Słyszałem, że jedziesz na obóz w góry. Ja również, ale na drugi turnus”.

Agu: No czyż nie piękny? Elegancko, bez ogródek i w boskiej wrzosowej kopercie.

Kary: Miał chłopak styl, trzeba przyznać! Mógł cię po prostu olać…

Co do jednego don Roberto miał rację – rok później zaczęły się górskie obozy językowe…

woman-731395_1920

Agu: Najbardziej to chyba pamiętam tego Sławka, którego wyrwałam ze szponów mojej imienniczki.

Kary: Najlepiej to go pamięta mama. Zwłaszcza jak podczas któregoś remontu natknęła się pod boazerią na twórczy przejaw twoich uczuć. W formie kwiecistych bohomazów. Do tego upstrzonych ckliwym „Kocham Sławka”, powtarzanym cyklicznie przez pół ściany…

I wreszcie, the last but not least – był Jasiu z Poznania. Nie Jan, nie Janek. Jasiu. I było BIG LOVE, wspólne słuchanie The Cranberries i romantyczne spacery po Rondzie Kaponiera.

roundabout-traffic-384616_1920

Kary: Ale że co, w kółko?

Agu: No raczej, w końcu to rondo? Ale potem przestałam jeździć na obozy…

Kary: Za to poszłaś do liceum… ;]