Dlaczego warto mieć w domu zwierzę?

Wcale nie jest prawdą, że byłam prowodyrem każdego zwierzęcego zamieszania. Po prostu uważam, że dzieci lepiej się chowają w towarzystwie milusińskich. I jak ktoś pyta, dlaczego warto mieć w domu zwierzę, to tylko zadaję kolejne pytanie: pies? kot? a może wężyk?

No co ja na to poradzę, że wszelkie stworzenia żywe (i mniej żywe też) pchają mi się same w ręce? Tak jak było z tym kretem (zwykłym, polskim kretem, nie Jarosławem). Miałam może ze 4 lata, nie więcej. I hopla na punkcie psów. Latałam za nimi jak dzika po całej wsi – akurat były wakacje. No i pech chciał, że pies tego nieszczęsnego kreta wykopał w ogródku u dziadków.

Kopiec kreta

Podejrzewam, że kret padł na zawał już w momencie gwałtownego wykopywania go spod ziemi. Ale nie przeszkodziło mi to uprzeć się, przy ożywieniu go. I tak – jak rasowa gosposia – próbowałam nakarmić kreta naleśnikami. Z dżemem. I tymi z twarożkiem chyba też, ale nie wykazał zainteresowania. Musiał być bardzo zmęczony, bo nawet pół oka nie otworzył. A tam takie rarytasy.

Zapakowałam go zatem do pudełka po rajstopach damskich rozmiar M i czule ułożyłam na podusi, chroniąc przed psem i przykrywając kołderką. Tak przespaliśmy całą noc. Chyba. Rano bowiem okazało się, że Pan Kret bardzo się spieszył i zupełnie nie miał czasu się ze mną pożegnać, ale na pamiątkę zostawił mi swoje pudełeczko po rajstopach.

Jak widać wspominam go czule do dziś.

WYCHOWAŁYŚMY SIĘ JAK U GUCWIŃSKICH – (Z KAMERĄ) WŚRÓD ZWIERZĄT

lemury

W naszym życiu zawsze były zwierzęta – dziadkowie mieli psy, duże i groźne. Nieopodal znajdowała się stajnia, owczarnia, chlewnia i obora (ach te wspaniałe czasy pegeerów!). Jako dziecko widziałam chyba wszystko, co można było widzieć: jak się klacz źrebi, jak przychodzą na świat szczeniaki, jak się strzyże owce, doi krowy, i jak kura lata bez głowy po podwórku też. Nic więc dziwnego, że sama również chciałam mieć zwierzaki u siebie w domu.

WSZYSTKIE ZWIERZĘTA NASZE SĄ

kotek

I tak dorobiliśmy się Koty – pięknej hrabianki o biało-szarym futrze, tak himerycznej, jak autystycznej. Po kolejnych siedmiu latach cudem udało mi się nakłonić Męża do przygarnięcia drugiej Koty. W ten sposób do naszego domu trafiła piękna szylkretka o żółtych oczach. Istna Lukrecja Borgia – i takie też imię otrzymała, choć teraz to raczej na pół osiedla słychać nasze rozpaczliwe okrzyki Luśkaaaaaaaaaaaa, kiedy w szale ADHD biega i skacze po ścianach, odbijając się od sufitu jak ping-pong.

A żeby tego było mało Potwory przytargały do domu ni mniej ni więcej tylko patyczaki. Najpierw jednego, potem dwa, trzy, cztery… trochę nam się stado ostatnio rozrosło. Chyba już nikt nad nimi nie panuje 😉

Kary: Nazwałaś mnie prowodyrem… a to przecież ty zawsze marzyłaś o kocie! Kitek ci się zachciało! Nawet pluszowego misia nazwałaś Stefan!

Agu: Ojtam, ojtam.. Ty lepiej opowiedz skąd się w waszym domu pies wziął.

No tak, zapomniałam wspomnieć o psie… Ale pies ma dopiero 2,5 miesiąca. Cudowna mieszanka border collie i spaniela. Nela, Nelunia, Nellissima… Bella! Okazała się być remedium na Potworne zachcianki – Potomstwo zażyczyło sobie bowiem węża. I jeżyka. Pigmejskiego!

jeżyk pigmejski

One są takie cudne! I tak słodko tuptają łapkami po parkiecie…

Agu: Skończ już, bo cię Wojciech z chaty wygoni z tym zoo!

Kary: Phi… A mówiłam już, że fijoł bywa zaraźliwy? Zgadnijcie, kto teraz chce mopsika 😛